Artykuły.

Wróg ludu (bożego) (6)

    Wrzucając ziarna zbóż, sól i drożdże do worka z napisem "chleb" a następnie potrząsając tym workiem, nigdy chleba nie zrobimy.
   Debata Polityczna w Polskim Radiu Kielce z dnia 20 września 2009 r. dotyczyła sprawy uchwały sejmowej mającej upamiętniać napaść Związku Radzieckiego na Polskę 17 września 1939 r. Pośród wielu uwag, w których co chwila padało odmieniane przez wszelkie przypadki słowo "prawda", przemycano nieprawdziwe stwierdzenie, że tamte liczne zbrodnie są "ludobójstwem". Pozwalając sobie to zauważyć popełniłem jedną z najstraszniejszych zbrodni - zbrodnię przeciwko dobremu samopoczuciu ofiar medialnej propagandy.
    Przepisując z pamięci, powiedziałem: "Po 17 września 1939 r. na terenach zajętych przez Związek Radziecki doszło do serii zbrodni. Dziś politycy dla uzyskania większej ekspresji wypowiedzi wrzucają je wszystkie do jednego worka z napisem 'ludobójstwo'. Jednak rozpatrując kwestię z punktu widzenia prawa karnego nie można tamtych wydarzeń tak traktować, bowiem żeby można było mówić o ludobójstwie, to musiałby istnieć jakiś radziecki plan zagłady narodu polskiego. Nie prawdą jest, że na wymordowanie Polaków Związek Radziecki miał tylko kilka miesięcy. Związek Radziecki miał na to ponad pół wieku i fakt że teraz rozmawiamy w studio jest najlepszym dowodem, że takiego planu nie było. Traktując tamte wydarzenia jako 'ludobójstwo' narażamy się na śmieszność." Tylko tyle i aż tyle. Reakcje jakie było słychać na sali trudne są do opisania. Cytując wieszcza - "błysnęło, zawrzało... i zgasło". Stanowisko podobne do mojego zajął mec. Jan Widacki i wielu innych wybitnych prawników. Wyznawców "Najwyższego Czasu!" trudno jednak byłoby przekonać do stanowiska "esbeka i obrońcy 'układu'" - Widackiego, czy tym bardziej mojego - szaraczka Leszka Sikory. Ale takie stanowisko zajął przecież swego czasu również Richard Pipes – doradca, ukochanego przez polską konserwę, prezydenta Reagana.
    Spróbuję więc wyjaśnić choć część nieporozumień.
1. Niejedna z obecnych tam osób uznała mnie pewnie za jakiegoś gorącego zwolennika marszałka Niesiołowskiego. Nic bardziej mylnego. Tak jak wielu uważam go za hipokrytę a nawet używając niesiołowego języka za "pornohipokrytę".
2. Jeden pan w sile wieku stwierdził "taki plan istniał" (chodzi o plan zagłady Polaków). Z wieku pana wnioskuję, że większość życia przepędził pod rządami "nieboszczki komuny". Pan ten jest słusznego wzrostu (182 cm mojego marnego wzrostu + jeszcze parę centymetrów) i wygląda na dobrze odżywionego. Ponadto bez wątpienia spełnia desygnat pojęcia "Polak" i bez wątpienia traktowany byłby za wroga przez miniony system. Cóż więc to musi być za perfidny Plan Zagłady, którego efektem jest człowiek o zdrowiu, którego ja mogę mu pozazdrościć?
3. Inny pan - tym razem w wieku już podeszłym - wybełkotał: "Zbrodniarze się do końca nie przyznają" czy jakoś tak. Ta wypowiedź jest najlepszym dowodem że moi oponenci w ogóle nie słuchali tego co powiedziałem. Nie powiedziałem bowiem, że tamte wydarzenia nie miały miejsca, ani że nie były zbrodniami. Przypomnę fragment swojej wypowiedzi: "Po 17 września 1939 r. na terenach zajętych przez Związek Radziecki doszło do serii zbrodni. Dziś politycy dla uzyskania większej ekspresji wypowiedzi wrzucają je wszystkie do jednego worka z napisem 'ludobójstwo'. Jednak [...] nie można tamtych wydarzeń tak traktować, bowiem [...] musiałby istnieć jakiś radziecki plan zagłady narodu polskiego. [...]". Nie wiem czy można to w prostszy sposób sformułować. Każde przestępstwo (a więc również każda zbrodnia) ma swoją prawniczą nazwę a te poszczególne nazwy (np. "ludobójstwo" i "zabójstwo jeńców wojennych") nie są wyrazami bliskoznacznymi. Oczywiście jeśli podchodzimy do sprawy emocjonalnie to Sejm może ich używać w uchwałach wymiennie. Jednak wówczas zrówna się z bazarową przekupką, która - na strażników miejskich wypisujących jej mandat za nieuiszczenie opłaty targowej - krzyczy "Rozbój w biały dzień!". Owszem inne przekupki również się oburzą na taki "rozbój" ale ktoś patrzący chłodnym okiem na całe to semantyczne zamieszanie uzna, że ukaranie mandatem a rozbój to co innego, zaś przekupki są śmiesznie żałosne – kto nie wierzy niech zajrzy do kodeksu karnego i przeczyta art. 280 a następnie porówna to z postanowieniami zawartymi w ordynacji podatkowej, ustawie o podatkach i opłatach lokalnych oraz kodeksie karno-skarbowym. I nawet jeśli ów strażnik wypisywał mandat bezprawnie (bez należytej podstawy) to i tak przestępstwo, które popełnił nie jest przestępstwem rozboju. W rozważaniach nad sejmową uchwałą "katyńską" inna jest tylko kwalifikacja prawna i skala (ukazująca na całym globie, że zachowania bazarowe opętały całą Polskę).
4. Jeszcze inny pan stwierdził, że reprezentuję mentalność osób składających na Placu Czerwonym kwiaty pod popiersiami radzieckich przywódców odpowiedzialnych za te zbrodnie. To kolejna wypowiedź mieszcząca się w kategorii "nieumytych uszu". Może ktoś mi napisze co to za sylogizm, którym się ów pan posłużył? Bo ja - cholera jasna - takiego nie znam? Wszak nie jestem Duchem Świętym aby wszystko wiedzieć, ani rzymskim Papieżem aby być nieomylnym. Ale przecież ja nic nie mówiłem o stawianiu pomników zbrodniarzom, ani tym bardziej o składaniu im kwiatów!
5. Wszystkich przebił jednak "mój ulubieniec" - intelektualnie "sprawny inaczej" senator Grzegorz Banaś. Stwierdził mianowicie, że w nazywaniu zbrodni katyńskiej "ludobójstwem" chodzi o przedawnienie, bo - fakt - zbrodnia ludobójstwa nie ulega przedawnieniu. Trzeba trafu - pan senator Banaś przypadkiem się wygadał, że nie o "prawdę" jak to wcześniej była mowa tu chodzi, ale o wybieg prawniczy - coś co nasi zachodni sąsiedzi nazywają "prawniczeniem". Panie senatorze Banaś, śpieszę poinformować, że zabijanie jeńców wojennych (co miało wówczas miejsce), tak jak i inne zbrodnie wojenne, również nie ulega przedawnieniu. Może więc pan spać spokojnie.
6. W studio był również sędzia (o ile dobrze usłyszałem) Sądu Najwyższego. Sędzia ów również przytaczał szereg argumentów mających uzasadnić twierdzenie o "ludobójstwie" po 1939 r. Szerzej omówię to niżej, jednak w tym miejscu nadmienię że nie była by to pierwsza błędna wykładnia w wydaniu Sądu Najwyższego. Podobno niektóre uzasadnienia do wyroków Sądu Apelacyjnego w Krakowie zaczynają się od słów: "Wbrew absurdalnemu i nieracjonalnemu stanowisku Sądu Najwyższego...".
    O co więc cały spór? Czym jest ludobójstwo i czym różni się od "ludobójstwa". W pospolitym mniemaniu "ludobójstwem" jest taka sytuacja gdy ktoś zabija bardzo dużą liczbę "ludzi". Nic bardziej mylnego. W kodeksie karnym z 1997 r. w art. 118 § 1 znajduje się przepis następującej treści: "Kto, w celu wyniszczenia w całości albo w części grupy narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub grupy o określonym światopoglądzie, dopuszcza się zabójstwa albo powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu osoby należącej do takiej grupy, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 12, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności".
Kolejne paragrafy penalizują: stwarzanie warunków życia grożących biologicznym wyniszczeniem tych grup; stosowanie środków mających służyć do wstrzymania urodzeń w tych grupach; przymusowe obieranie dzieci rodzicom z tych grup, (z zastrzeżeniem, że w celu dokonania ludobójstwa) oraz przygotowania do ludobójstwa. O ludobójstwie mówi również Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa (przyjęta z inicjatywy Rafała Lemkina - amerykańskiego prawnika polskiego pochodzenia). Definicja ludobójstwa zawarta w art. II tej konwencji z grubsza odpowiada tej jaką można wywnioskować z lektury art. 118 Kodeksu. Różnica polega na tym, że ochrona wynikająca z Konwencji nie obejmuje grup politycznych i grup o określonym światopoglądzie. Szerszą - kodeksową - definicję sądy polskie mogą stosować tylko do sprawców ludobójstwa będących obywatelami polskimi. Nota bene – zgodnie z literą kodeksu zostanie uznane za ludobójstwo odbieranie emerytur ("stwarzanie warunków grożących biologicznym wyniszczeniem") komunistom i funkcjonariuszom "komunistycznego reżimu" ("grupa polityczna"). To samo dotyczy tych, którzy grożą szubienicami ateistom ("grupa światopoglądowa"). Posądzanie innych o coś co samemu chętnie by się popełniło inaczej jak hipokryzją nazwać nie można.
   Przepisy wydają się jasne, ale nawet takie należy poddać wnikliwej wykładni. Pan sędzia przekonywał mnie, że kluczem do zrozumienia definicji ludobójstwa są słowa "wyniszczenie całości albo części grupy" i plan tego wyniszczenia nie jest konieczny. Wynikało by z tego, że "ludobójstwo" można popełnić przypadkiem wykonując inne czynności, których skutkiem ubocznym może być wybicie dużej liczby ludzi ("całości albo części"), a może nawet nieumyślnie. Ludobójstwo to jednak zbrodnia więc może być popełniona tylko umyślnie. Co więcej zwrot "w celu wyniszczenia" wskazuje, że sprawca musi być bezpośrednio nakierowany na skutek w postaci "wyniszczenia", a więc jednak musi działać planowo. Ponadto aby zostać ludobójcą w cale nie trzeba wybić jakąś grupę ludzi obdarzonych wspólnymi cechami. Wystarczy jedno zabójstwo (spowodowanie uszczerbku na zdrowiu) o czym świadczy fragment: "[...] dopuszcza się zabójstwa albo powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu osoby należącej do takiej grupy [...]". Kluczem jest tu więc nie ilość ofiar a zamiar dalszej totalnej eksterminacji. Jednak Związek Radziecki miał dość czasu aby wybić cały polski naród i to kilkukrotnie. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że po wojnie liczba ludności w Polsce wzrosła o kilka milionów. Kiedy dla porównania podałem przykład dywanowego bombardowania Drezna - działania planowego lotnictwa alianckiego, którego efektem była eksterminacja wyodrębnionej "części" narodu niemieckiego - pan sędzia jedynie wzruszył ramionami. Tego okrutnego działania aliantów nie można jednak uznać za ludobójstwo, gdyż nie istniał żaden aliancki plan zagłady narodu niemieckiego. To bardzo wygodne, zamiast odpowiedzieć móc wzruszyć ramionami. Jednak jak ktoś nie ma nad sobą wyższej instancji to często popada w samouwielbienie.
   Jak wcześniej wspomniałem przepis konwencji bierze pod ochronę grupy narodowe, grupy etniczne, grupy rasowe i grupy wyznaniowe. Kodeks dodatkowo wymienia grupy polityczne i grupy o określonym światopoglądzie. Zastanówmy się więc do jakiej grupy należałoby zaliczyć oficerów WP pomordowanych w Związku Radzieckim. Czy jednak istnieje jakiś naród oficerski obok polskiego czy niemieckiego, albo grupa etniczna oficerów obok grupy górali czy kaszubów? A może istnieje jakaś religia oficerska? Pan sędzia przekonany jest, że była to grupa narodowa (dla ścisłości - jej część, elita). Fakt - nie każdy Polak jest oficerem. Ale też nie każdy Polak jest lekarzem, farmaceutą, czy nawet sędzią. To też są zawody elitarne, jednak ich przedstawicieli nie dotknęły represje w takim stopniu jak oficerów WP. Związek Radziecki nie kontynuował po ponownym wkroczeniu na ziemie polskie rzekomego planu eksterminacji polskich elit. Mało tego, jeden z pierwszych dekretów (wydany jeszcze zanim wyzwolona - czy jak chcą inni "znów okupowana" - ziemia zdążyła ostygnąć od wystrzałów armatnich) dotyczył zbudowania od podstaw uniwersytetu. Pan sędzia przejeżdża nad tym faktem jak narciarz-slalomista, twierdząc że miało to służyć przede wszystkim indoktrynacji. Fakt - można by tu dodać jeszcze powszechną walkę z analfabetyzmem. Jak wiadomo ludźmi wykształconymi łatwiej jest manipulować niż takimi co nawet czytać nie potrafią. Czy jednak oficerów WP można nazwać jednolitą częścią grupy narodowej? W wypowiedzi z 2007 roku prezydent Kaczyński stwierdził, że pomordowani oficerowie armii polskiej w większości byli Polakami ale również byli tam Żydzi, Białorusini, Ukraińcy a nawet Niemcy. Z autorytetem Zwierzchnika Sił Zbrojnych nie wypada polemizować ale pan sędzia również się nad tym argumentem nie zastanawia. Wszak chodzi mu o większość oficerów. No właśnie jemu chodzi a niekoniecznie chodziło domniemanemu "ludobójcy". Tym co za tą, jakby nie było ohydną, zbrodnię ponoszą odpowiedzialność chodziło o grupę zawodową oficerów polskich a nie o Polaków jako takich. Poza tym w rozumowaniu sędziego jest taki sam błąd logiczny jak w zdaniu "Żydzi to szachraje". Zdają się zauważać ten problem autorzy projektu uchwały katyńskiej. Aby zwiększyć liczbę ofiar wrzucają do jednego worka "Katyń" i inne represje, których ofiarami stali się Polacy. W końcu ludobójstwo jest wówczas gdy zabije się dużo ludzi, więc im więcej tym lepiej - tak rozumują posłowie-autorzy.
   Pochylmy się jeszcze nad tymi fragmentami przepisów, które mówią o sprawiającej chyba najwięcej kłopotów "części grupy". Przepis nie określa o jak dużą "część grupy" chodzi. Przyjmując tok rozumowania pana sędziego może chodzić o dowolną część a więc taką w której skład wchodzi więcej niż jeden człowiek o określonych cechach. A kto wie - może nawet o pojedynczego człowieka, wszak każda jednostka jest "częścią większej całości"? Podobny dylemat przeżywało niegdyś prawoznawstwo francuskie. We francuskim kodeksie karnym znalazły się po emocjonującej debacie przepisy mające chronić dzieci przed pedofilami. Jeden z przepisów zaczynał się od słów "Kto uprowadza dzieci...". Tak się złożyło że niebawem po uchwaleniu zatrzymano pedofila, który uprowadził dziecko. Przed sądem pojawił się jednak problem, bo oskarżony nie uprowadził "dzieci" jak było w przepisie ale jedno dziecko. Jak więc mając podobny dylemat rozumieć pojęcie "części grupy"? Wydaje się, że można to rozstrzygnąć na dwa sposoby:
1) pojęcie "części grupy" oznacza grupę spełniającą kilka kryteriów (np. ktoś dokonuje ludobójstwa na części narodu X ale wyłącznie tej, która ma ciemny kolor skóry, poza tym czarnoskórych innej narodowości nie eksterminuje).
2) "część grupy" oznacza tych przedstawicieli grupy, którzy znajdują się w zasięgu działania ludobójcy (tu przykład bardziej konkretny: ludobójstwo jakiego dokonali na Polakach ukraińscy faszyści - dotyczyło ono tylko tych Polaków, którzy zamieszkiwali Wołyń ale wszystkich – od tych w kołysce po niedołężnych starców).
Kwestia jest dyskusyjna, zaś ja skłaniam się do drugiej interpretacji.    Skąd się wzięła taka żonglerka pojęciami w debacie politycznej? Trudno ustalić. Mistrzostwo w tej sztuce osiągnął Prezydent RP Lech Kaczyński. Podczas uroczystości na Westerplatte stwierdził, że "Holocaust był ludobójstwem i Katyń był ludobójstwem. Żydów mordowano za to, że byli Żydami. Polskich oficerów mordowano za to, że byli polskimi oficerami." Tak więc mamy nowy naród Polskich Oficerów odrębny od narodu Polskiej Hołoty - lumpenproletariatu. Co ciekawe Lech Kaczyński tą wypowiedzią zaprzecza swojej wcześniejszej z 2007 r. Na początku kategorycznie stwierdził, że zbrodnię katyńską bezwzględnie "należy określić jako ludobójstwo". I dalej na poparcie tej tezy podał cały szereg argumentów świadczących o tym że z ludobójstwem nie mamy do czynienia: "Byli to oficerowie armii polskiej, w zdecydowanej większości Polacy, ale warto podkreślić, że nie tylko. Była znaczna liczba oficerów żydowskiego pochodzenia lub narodowości, byli także ludzie narodowości ukraińskiej, białoruskiej, a nawet niemieckiej. Byli to ludzie, którzy reprezentowali różne wyznania (...), przede wszystkim katolicy, przedstawiciele religii żydowskiej, wyznania ewangelickiego, prawosławnego, a także polscy muzułmanie" (Cytat za B. Łagowskim: Samozatrucie, "Tygodnik Przegląd", nr 39, 2007). A więc ani grupa narodowa, ani etniczna, ani wyznaniowa.
   Prof. Bronisław Łagowski źródeł tego zdziczenia upatruje w trwającej "rewolucji moralnej". Jak w każdej rewolucji tak i w tej są według niego trybunały rewolucyjne, które orzekając redukują większość typów przestępstw do kilku zaledwie pojęć. Kiedyś były to "bycie wrogiem rewolucji" czy "wrogiem ludu", "działalność kontrrewolucyjna" czy "wywrotowa". Teraz ma to być szeroko rozumiane "ludobójstwo". Ja z kolei upatruję tego w powszechnie panującej pogardzie dla prawa oraz w ciągłym zachwaszczaniu języka polskiego. Trudno ustalić, które z nich było pierwsze, i które ma większe znaczenie. Przyczyny zachwaszczenia języka z kolei znajduję dwie: 1) gangrena kościelnej nowomowy - to Kościołowi Nauczającemu zawdzięczamy takie dziwolągi słowotwórcze jak "życie poczęte", "dziecko poczęte" albo słynne już "ubogacenie"; 2) papka słowna wydobywająca się z telewizji - z telewizji dowiedziałem się na przykład, że istnieje coś takiego jak "nieumyślne zabójstwo" (zawsze wydawało mi się, że zabójstwo jest zbrodnią i może być popełnione wyłącznie umyślnie, zaś nieumyślnie można co najwyżej spowodować śmierć).
    Ale jak już wspominałem nie jestem Duchem Świętym aby wszystko wiedzieć ani rzymskim Papieżem aby być nieomylnym. Pozostaje mi tylko nadzieja, że jeśli się mylę, to Wysoki Trybunał Moralno-Rewolucyjny uznając moje wywody za "czyn kontrrewolucyjny" a mnie za "wroga ludu bożego" wymierzy mi względnie niską karę.

Leszek Sikora

Powrót

Mapa witryny

Strona główna

Wszelkie prawa zastrzeżone Racja Polskiej Lewicy 2008r