Artykuły.

Cuda nad... (5)

   Jako, że mówimy o braku "Cudu nad Wisłą", to znaczy braku wpływu sił nadprzyrodzonych na nasze zwycięstwa, zajmę się więc darami w postaci cudów jakie Polska otrzymała w przeszłości.
   Zaczęło się od ślubów króla Jana Kazimierza, który powierzył Polskę "opiece" Matki Boskiej Częstochowskiej 1 kwietnia 1656 roku. A w rocie ślubowania wcale nie błagał o pomoc dla Rzeczypospolitej, ale ... przeciwko " nieprzyjaciołom świętego rzymskiego Kościoła"!
   A kim był ów król Jan Kazimierz? Eksjezuita i kardynał, austriacki pułkownik, cudzołożnik, wiarołomca, tchórz, razem moralne dno - mówiący, że " woli patrzeć na psa niż na Polaka". Ten to sfałszował warunki swojej elekcji na króla w1646 roku gdzie warunkiem jego wyboru była rezygnacja ze zgubnych dla Polski rojeń o odzyskaniu tronu szwedzkiego. Z tronu szwedzkiego nie zrezygnował. Oczywiście nie jego to był pomysł. Inspiracji dokonali prymas Maciej Łubieński, podkanclerz biskup Andrzej Leszczyński i Jerzy Ossoliński. Pomysłodawcami sterował ówczesny nuncjusz papieski de Torres. Gdyż dobrze by było odzyskać tron luterańskiej Szwecji i ją zrekatolicyzować.
    O "potopie szwedzkim" wszyscy pewnie słyszeli. Rezultat opieki "jasnogórskiej" to utrata Inflant z Rygą, wieloletnia okupacja portów, grabież kraju i nieszczęścia prostych ludzi.
   Ale kogo obchodzą prości ludzie.
    I co ciekawe pokonani Szwedzi nie musieli płacić odszkodowań ani zwracać zrabowanych gór złota i wszelkiego innego dobra. W haniebny sposób utraciliśmy Prusy i musieliśmy jeszcze Prusakom zapłacić za pomoc w wojnie ze Szwedami. Oddano im Bytów i Lębork. Trwająca 60 lat wojna, która zakończyła się stratami terytorialnymi, ogromnymi stratami ludzkimi i kompletną ruiną kraju nijak nie może być nazwana zwycięską.
    Ludność Warszawy stopniała z 20 tyś. do 2 tyś. osób! Jeszcze gorzej było w Krakowie: np. Wawel był łupiony aż osiem razy!
   No i "posypało" się. "Opiekunka" zaczęła Polskę "błogosławić deszczem łask".
Zacznę wyliczać:
   - równoległa z potopem szwedzkim wojna z Moskwą, zakończona dopiero w 1660 r., utrata Zadnieprza i Kijowa. Aż sześć lat, do 1661r.trwała niszczycielska okupacja Litwy;
   - najazd Rakoczego w 1657 roku;
   - utrata Prus 1657r., czyli milowy krok do rozbiorów;
   - powstania kozackie, począwszy od tego w latach 1664-1665;
   - liczne wojny domowe – rokosz Lubomirskiego (1665-1666) i późniejsze konfederacje;
   - wojna z Tatarami i Kozakami w latach1666-1671;
   - najazd turecki w roku 1672 i utrata Podola, a w następstwie 27-letnia wojna z Turcją i Tatarami;
   - wielkie zarazy w latach 1677-1681, 1707-1712 (zabiła 1/3 ludności Polski), 1783-1784;
   - katastrofalne powodzie w latach 1671,1683,1687,1774,1813,1819;
   - wojny: północna, sukcesyjna, siedmioletnia, bunty chłopskie z 1755 r., konfederacja barska z powstaniem kozackim ("koliszczyzna"), wojna z Rosją (1792) i okupacja kraju;
   - grabież kraju, kontrybucje i pobór rekruta przez stale stacjonujące i maszerujące obce wojska. Polska "karczmą przydrożną Europy";
   - targowica, rozbiory i 123 lata niewoli;
   - trzy przegrane powstania narodowe okupione żniwem śmierci i wywózkami na Sybir;
   - germanizacja i rusyfikacja;
   - dwie wojny światowe i bolszewicka;
   - okupacja hitlerowska i 50 lat komunizmu;
   - w finale utrata 3 terytorium Polski w porównaniu do obszaru z końca XVI wieku.
   Zwrócę tu uwagę, ze od czasu primaaprilisowych (bo 1 kwietnia) ślubów Jana Kazimierza Polska nie wygrała żadnej wojny. Do zwycięskich nie można także zaliczyć II wojny światowej, bo wojna zakończona wielkimi stratami terytorialnymi ( 18,5 procent terytorium polski) i ludzkimi, ruiną kraju i zamianą jednych okupantów na drugich to przecież klęska.
   Ale wróćmy do "cudów nad Wisłą". To przecież chodzi o Warszawę. I w roku 1920 i w roku 1944.
   89 rocznica. Tak to rocznica chwalebna. Chwalebna gdyż przyszło nam się zmierzyć z przeważającymi siłami nieźle wyszkolonych żołnierzy rosyjskich i z tego starcia wyszliśmy zwycięsko. Zwycięstwo uwarunkowane było wieloma czynnikami. Niebagatelną rolę odegrały tu błędy rosyjskich dowódców, Stalina a szczególnie Budionnego. Dopuścili oni do całkowitego odsłonięcia lewego skrzydła swoich wojsk i zbytnio je rozciągnęli co spowodowało ogromne trudności zaopatrywania w sprzęt, żywność i posiłki. Z naszej strony dowódcy wykorzystali dobrze wiedzę zdobytą przez nasz wywiad, opracowali świetny plan natarcia z pozycji wyjściowych nad Wieprzem na odsłonięte skrzydło i w czasie toczącej się bitwy pod Radzyminem, uderzyli z południa. To musiało dać pożądany efekt. I dało! Przeciwnik poszedł w rozsypkę a więc "stał się cud". Bo jakże to. Od stuleci dostawaliśmy tylko w skórę i tu nagle zwycięstwo. Tego nie mógł dokonać marszałek Piłsudski ani gen. Rozwadowski ze swoim świetnie działającym sztabem. Tak. To musiał być "cud". Polacy sami tego nie mogli dokonać! A że nie "nad Wisłą" a nad Wieprzem? A jak by to brzmiało?
   Od tamtego czasu minęło 44 lata. Warszawa, o którą toczono walki w 1920 roku tym razem jest pod okupacją bezwzględnych bandytów. Faszystów. Od początku wojny, po klęsce wrześniowej, część społeczeństwa szykowała się do odwetu. Tworzyły się konspiracyjne siły zbrojne podziemia. Należało wyczekać tylko odpowiedniego momentu i rozprawić się ze znienawidzonym wrogiem. Nie mogło być inaczej. I nadszedł już taki czas. Za Wisłą już słychać kanonadę nadchodzących wojsk radzieckich. Wywiad donosi, że na Pradze są już radzieckie czołgi. To teraz należy uderzyć. To teraz wydany rozkaz o powstaniu trafia do spragnionych odwetu żołnierzy Armii Krajowej. I nie tylko oni podrywają się do walki. Dołączają się żołnierze Armii Ludowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Przecież teraz tylko uchwycić most na Wiśle, otworzyć drogę potężnej armii idącej ze wschodu i połączonymi siłami dobić faszystowskiego gada. Bo, że należy opracować plan współdziałania to było przecież takie oczywiste!
   Tak myśleli żołnierze. Ci którzy poszli walczyć z bronią w ręku na ulicach stolicy. Ci co planowali ich smierć widzieli i stawiali sobie inne zadania - polityczne.
Troche wiedzy wojskowej.
   Ofensywa radziecka z nad Bugu latem 1944r miała konkretne cele. Dojść do Wisły i uchwycić na drugim brzegu przyczółki. Warunki te zostały osiągnięte, zdobyto przyczółki warecko-magnuszewski i sandomierski. Na północy, niestety, poszło gorzej. Nie udało się popędzić Niemców na terenach za Bugiem i Narwią .
   Tak więc konieczność zatrzymania rosyjskich wojsk wynikała z założeń planu walki jak i faktu "zmęczenia" nacierających wojsk. Chodzi tu o braki w sile żywej jak i zaopatrzeniu. Nawet laicy wojskowi wiedzą, że nacierające wojska "rzedną" a broniące sie i cofające "gęstnieją". Natarcie możliwe jest więc tylko do czasu kiedy ma się kim i czym walczyć.
   Nie od rzeczy jest tu wskazanie na to, że Niemcy wcale nie byli pobici, nie byli słabeuszami czego dowodem jest, iż rozpoczęli ( na północ od Warszawy) kontrnatarcie na wschód siłami co najmniej dwóch dywizji pancernych. Te walczące radzieckie czołgi na Pradze, o których meldunek odebrał Bór-Komorowski to akurat były oddziały walczące w okrążeniu i przebijające się na wschód, do swoich.
   No i wróćmy tu do "cudu nad Wisłą" z 1920 roku. Pamiętacie? Rosjanie wtedy popełnili dwa kardynalne błędy. Pierwszy to zbytnie rozciągnięcie linii zaopatrzenia, którymi nie można było odtwarzać możliwości bojowych własnych wojsk. I drugi, to odsłonięcie swojego lewego skrzydła, które miał zabezpieczać Stalin, gdyż Budionny zajął się zdobywaniem Lwowa i został w tyle.    Stalin pamiętał. Stalin miał doświadczony własny sztab, który świetnie opanował w toku dotychczasowych walk zasady sztuki wojennej i ani myślał wdać się w awanturę jaką mu zafndował Bór-Komorowski.
   Linia frontu stanęła w odległości 40-60 km od stolicy. Tym razem Stalin miał odsłonięte prawe skrzydło swoich wojsk. Praga została wyzwolona dopiero 14 września. A przypominam, że powstanie wybuchło 1 sierpnia.
   I tak tym razem "cudu" nie było. Bo nie na cud należy liczyć, a na własną wiedzę, umiejętności i rozum. Rozum i jeszcze raz rozum!
   A że, bijatyka dowództwa AK była na rękę Stalinowi to inna sprawa, to już polityka, o której tu tylko wspominam. Tragedia walki samych żołnierzy Armii Krajowej, Armii Ludowej, Narodowych Sił Zbrojnych i "Berlingowców" w tym kontekście jest niewyobrażalna. Wyjatkowym swiństwem jest usprawiedliwianie tak ogromnych strat "moralnym zwyciestwem". Tak się nie prowadzi wojny!!! To było wysłanie 200 000 ludności cywilnej oraz 16 000 powstańców na śmierć. To były przeogromne straty w infrastrukturze stolicy. To był całkowity brak jakichkolwiek sukcesów. Bo to, że na jednego zabitego Niemca ( ok. 1500)przypadało 130 zabitych Polaków chyba nie można nazwac sukcesem. Takie skutki przyniosły mrzonki polityczne ludzi bez poczucia rzeczywistości, kierujący się wyłącznie swoim interesem.
   A dzisiaj próbuje się gloryfikować tych nieudaczników - mówię tu o "dowódcach". Próbuje się robic z nich bohaterów narodowych, gdyż podczas wojny z Niemcami oni walczyli... ze Stalinem i armią czerwoną. Porąbało co niektórych? W żadnym przypadku nie wolno wykorzystywać tragicznej smierci WALCZACYCH do gloryfikacji draństwa i głupoty ich dowódców. Przecież żaden z nich nie zginął w powstaniu!
   I co ciekawe, jak idiotyczna klęska nad Wisłą, to nikt o "opiekunce" nie mówi, a jak zwycięstwo to "cud nad Wisłą".

Józef Niedziela

Powrót

Mapa witryny

Strona główna

Wszelkie prawa zastrzeżone Racja Polskiej Lewicy 2008r