Artykuły

Rebus sic stantibus(3)

   22 lutego br. w "Debacie Politycznej" PR Kielce roztrząsano recepty na walkę z kryzysem zaordynowane przez rząd i proponowane przez różne ugrupowania parlamentarne. Politycy przedstawiali różne propozycje, jednak zgromadzona publiczność (nie wyłączając mojej skromnej osoby) odnosiła się do nich sceptycznie. Zabierając głos stwierdziłem, że działania władz, tj. pomoc w spłacie kredytów hipotecznych (pomysł PO), czy wykup przez państwo opcji finansowych (pomysł PSL podchwycony przez PiS i SLD), mijają się z celem. Wynika to z następujących faktów:
   1)to, że spora grupa prywatnych osób zawierała takie transakcje nie oznacza, że zawierało je całe społeczeństwo - dlaczego więc całe społeczeństwo miałoby za to płacić?;
   2)Kodeks cywilny przewiduje instytucje chroniące dłużników w takich sytuacjach (przykładowo wymieniłem tzw. klauzulę Rebus sic stantibus) - po co więc angażować w wysiłki w tworzenie nowych przepisów, kiedy istniejące nie są martwe?;
   3)pomoc taka (werbalnie skierowana do osób zadłużonych ale w rzeczywistości skierowana do banków i powiązanych z nimi instytucji finansowych) jedynie rozzuchwaliłaby i tak uprzywilejowane banki, które w efekcie podniosłyby oprocentowanie kredytów i wymuszałyby zawieranie umów jeszcze mniej korzystnych względem kontrahentów.
   Publiczność nagrodziła moje wystąpienie brawami. Było to o tyle dziwne, że brawo bili również ci, którzy deklarują poglądy skrajnie prawicowe. Najdziwniejsze jednak zdarzyło się po zakończeniu programu. Podszedł wówczas do mnie przedstawiciel SLD - pan Szejna i powiedział, że w duchu zgadza się ze mną ale ponieważ jest socjalistą to nie mógł mnie głośno poprzeć... O tempora, o mores. Wiele dziwnych rzeczy na temat socjalizmu słyszałem, np. że socjalizm polega na tym, aby zabierać bogatym aby dawać biednym (np. biednemu społeczeństwu) - z czym w zasadzie można by się było zgodzić, gdyby nie było to zbytnie uproszczenie. Ale żeby socjalizm miał dziś polegać na tym aby zabierać biednemu społeczeństwu aby dawać bogatym bankom?! Pierwsze słyszę. Za prawdę rację ma prof. Maria Szyszkowska mówiąc, że socjalizm ma różne oblicza. Jednak ciarki mnie przechodzą ilekroć uświadomię sobie jaka "lewica" i jacy "socjaliści" występują na scenie politycznej.
   Przejdźmy jednak do szerszego omówienia problemów poruszonych w audycji.
Po pierwsze: czym są słynne ostatnio "opcje".
   Opcje, obok kontaktów terminowych ("torwards") oraz obco brzmiących "swaps" czy "futures", należą do instrumentów finansowych zwanych "derywatami". Przeciętnemu człowiekowi nazwa ta niewiele mówi. Istnieje jednak inne - więcej mówiące określenie - mianowicie "instrumenty pochodne". Instrumenty pochodne to kontrakty, których wartość jest powiązana z wartością "podstawowego" papieru wartościowego, takiego jak akcja, obligacja lub waluta. Opcja daje swemu nabywcy prawo (ale nie obowiązek) zakupu bądź sprzedaży danego papieru przez pewien ustalony z góry czas (bądź w dniu wykupu opcji) po określonej cenie. Wbrew pozorom nie jest to nowy wynalazek. Pierwsze badania nad metodami ich wyceny prowadził w XIX. w. Louis Bachelier. Wyniki opublikował w swej pionierskiej pracy "Théorie de la speculation" w 1900 r. Metoda przezeń proponowana była jednak na tyle niedoskonała, że prace kontynuowano przez całe następne stulecie. Zwieńczeniem tych wysiłków było przyznanie w 1997 r. Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii dla Roberta C. Merton'a z Harvard University oraz Myrona S. Scholes'a ze Stanford University. Instrumenty pochodne początkowo były narzędziem reasekuracji. Nabywca instrumentu pochodnego zyskiwał, za stosunkowo niewielką cenę, możliwość preferencyjnego nabycia (ewentualnie zbycia) "instrumentu pierwotnego" (akcji, obligacji lub pieniądza w ogóle). Była to forma ubezpieczenia się na wypadek niekorzystnego kursu określonych papierów wartościowych. Jeżeli kurs był korzystny, nabywca opcji tracił niewiele, bo jedynie tyle co wydał na opcję. Jeśli kurs był niekorzystny, nabywca miał pewność, że nie straci jak inni, którzy opcji nie nabyli. Dlaczego więc opcje - mimo że takie bezpieczne - są takie niebezpieczne? Instrumenty pochodne w ślad za "pierwotnymi" stały się narzędziem spekulacji. Sprzyjała temu panująca od końcówki XX w. Reaganomika powiązana z kompletnym brakiem nadzoru z zewnątrz, zwłaszcza ze strony państwa. Na to nałożyła się jeszcze presja na pracowników wielkich instytucji finansowych, którym wysokość premii ustalano nie w oparciu o rzetelność wykonywanych zadań, a w oparciu o wysokość obrotów. Powodowało to iż klientom oferowano opcje o przeszacowanej cenie przy jednoczesnym ignorowaniu trendów obecnych na rynku. Przedsiębiorcy, nie dysponując wystarczającą wiedzą oraz dzięki skutecznemu marketingowi banków, nierozsądnie zaufali instytucjom finansowym. Czy oznacza to, że instrumenty pochodne i spekulacja nimi są złe i należało by ich zakazać? Nie sądzę. Spekulacja jest tak stara jak transakcje handlowe i można ją umieścić wśród takich pojęć jak "kupno rzeczy spodziewanej" (emptio rei speratae) i "kupno (samej) nadziei" (emptio spei). Sytuacje takie mają miejsce, gdy sprzedawane rzeczy mają dopiero powstać w przyszłości. Może to służyć jako zabezpieczenie (towar jest kupowany jeszcze przed wytworzeniem w obawie iż później na rynku może wystąpić jego niedobór) ale również do spekulacji (towar jest kupowany przed jego wytworzeniem aby w przyszłości móc wywindować jego cenę). Instytucje te znali już Starożytni Polacy, kiedy częstokroć rolnicy zbywali plony "na pniu", a nawet jeszcze przed obsianiem pola. Obie strony takich transakcji mogły wiele na nich zyskać jak i stracić. Wszystko zależało od rozsądku stron oraz sprawdzalności przewidywań (zupełnie jak w obrocie instrumentami pochodnymi). Gdyby więc zakazać transakcji o charakterze spekulacyjnym, logiczną tego konsekwencją byłby zakaz umów w rodzaju kontraktacji. Jest to jednak sprzeczne z przyjętą na gruncie prawa cywilnego zasadą swobody umów.
Po drugie: co oznacza zwrot Rebus sic stantibus.
   Rebus sic stantibus to skrócona wersja łacińskiej paremii prawniczej. Pełne jej brzmienie to: "Conventio omnis intellegitur rebus sic stantibus", czyli każda umowa jest pojmowana jako obowiązująca, tylko w danych, oznaczonych warunkach. Uznawana jest za przeciwieństwo (może raczej uzupełnienie) zasady "Pacta sunt servanda" - umów należy dotrzymywać. Doświadczenie wskazuje, że rygorystyczne przestrzeganie zasady pacta sunt servanda prowadzi niekiedy do rezultatów rażąco niesprawiedliwych. Trzeba bowiem pamiętać, że w okresie pomiędzy powstaniem zobowiązania a jego wykonaniem może nastąpić w sposób nieoczekiwany taka właśnie głęboka, a nawet radykalna zmiana stosunków. Spełnienie świadczenia staje się bardzo utrudnione, grożące rażącą stratą lub wręcz nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia*. O ile obowiązywanie zasady pacta sunt servanda nie budziło w cywilistyce wątpliwości nigdy, o tyle zasada rebus sic stantibus przeważnie nieśmiało pojawiała się w poszczególnych umowach jako klauzula adaptacyjna. Wielkim osiągnięciem polskiej myśli prawniczej (R. Longchamps de Berier, L. Domański i in.) było więc umieszczenie tej zasady przez międzywojenną Komisję Kodyfikacyjną w przyjętym wówczas Kodeksie Zobowiązań. Uchwalony po wojnie Kodeks cywilny nie przejął po Kodeksie Zobowiązań tej zasady. W planowej, centralnie sterowanej gospodarce realnego socjalizmu "nadzwyczajne zmiany okoliczności" z założenia nie występowały, więc obecność tej zasady w prawie była zupełne zbędna. Przywrócenie rozwiązań przedwojennych rozpoczęto nowelizacją z 28 lipca 1990 r. (weszła w życie po 30 września 1990 r.).
Przesłankami zastosowania tej zasady są:
   1)zmiana okoliczności, której strony nie brały pod uwagę przy zawieraniu umowy;
   2)dalsze trwanie zobowiązania umownego w nie zmienionej postaci i wykonywanie obowiązków umownych prowadzące do nadmiernego utrudnienia spełnienia świadczenia lub groźby rażącej straty dla jednej ze stron;
   3)to, iż między obu powyższymi przesłankami musi istnieć związek przyczynowy.
   Wszystko to ma miejsce w obecnej sytuacji kryzysu. Jak się więc wydaje interesy indywidualnych dłużników są wystarczająco chronione i nie istnieje potrzeba proponowanej przez PiS, PSL i SLD "nacjonalizacji" długów.
Po trzecie: na czym polega uprzywilejowana pozycja banków.
   Banki są, wyspecjalizowanymi w obrocie pieniędzmi i innymi papierami wartościowymi, przedsiębiorstwami. Dzięki złożonym w nich, przez osoby prywatne i instytucje publiczne, pieniądzom mogą świadczyć usługi o charakterze finansowym (kredyty, poręczenia, gwarancje, itd.). Te koncentrujące ogromny kapitał instytucje zatrudniają wysoko wykwalifikowany personel, który nie jest zaangażowany w organizowanie innych procesów gospodarczych niż właśnie świadczenie usług finansowych. Dużo więcej czasu i środków, niż ich niebankowi kontrahenci, mogą poświęcić na obserwację i przewidywanie trendów rynkowych. Wydawało by się więc, że to banki powinny rzetelnie zadbać o należyte poinformowanie kontrahentów o potencjalnych zagrożeniach a w razie czego ponieść ryzyko niebezpiecznych operacji. Jednak banki wolą przerzucić ewentualne ryzyko na obsługiwanych przezeń przedsiębiorców. Mało tego oferują banki "pięknie opakowane" marketingiem ale przeszacowane usługi w rodzaju instrumentów pochodnych. Aby rozsądnie ocenić wartość instrumentów pochodnych konieczna jest doskonała znajomość (nie należącego do łatwych) rachunku różniczkowego. Czy przeciętny producent mebli albo właściciel rzeźni ma jakieś szersze pojęcie w tej dziedzinie? Ile czasu na naukę rachunku różniczkowego poświęcono w programie nauczania szkół ponadpodstawowych? Niektórzy przedsiębiorcy podświadomie wyczuwają tą dysproporcję w wiedzy i oferty banków traktują jako oszukańcze cwaniactwo. Na to wszystko nakłada się egoistyczna polityka zagranicznych central bankowych, wypompowujących pieniądze z banków polskich (nieprawdą jest jakoby "kapitał nie miał narodowości") i lansowana przez ostatnie lata doktryna totalnej deregulacji rynków finansowych z jednoczesną likwidacją wszelkich form nadzoru.
   Na koniec zastanówmy się, gdzie należy upatrywać środków zaradczych na kryzys.
Czy receptą na kryzys ma być - jak chcą skrajni neoliberałowie - zostawienie wszystkiego jak jest, w nadziei, że "niewidzialna ręka rynku" wszystko naprawi? Póki co "niewidzialna ręka rynku" trzyma wszystkich za gardła. Może więc państwo powinno hurtem spłacać pozaciągane kredyty i pompować pieniądze do systemu bankowego? Byłby to drugi triumf neoliberalnej Reaganomiki. Pierwszym było sprywatyzowanie zysków. Drugim mogłaby być nacjonalizacja strat. Nasuwa to skojarzenia z bajką Ezopa, w której lew zawiązuje spółkę z osłem. Do dziś taki rozkład zysków i strat zwie się societas leonina.
   Ingerencja państwa oczywiście powinna mieć miejsce ale w rozsądnych granicach. Walka z kryzysem nie powinna być jedynie wysiłkiem państwa ale również pozostałych partnerów społecznych - świadomego społeczeństwa obywatelskiego. Zaś społeczeństwo obywatelskie to nie takie, w którym obywatele zdają się skamleć, że "wolność spadła, jak grom z jasnego nieba, na nasze biedne plecy...**". Jak długo jeszcze, o tym czego chce i o czym myśli społeczeństwo, decydować ma biskup do spółki z ministrem (najlepiej jeszcze na wniosek dziennikarza/publicysty z "Der Faktu")? O sposobach radzenia sobie z kryzysem można napisać całe tomy. Mimo tego nie wyczerpie się tematu, ale...
   "Daj głodnemu rybę, to się naje i znowu będzie głodny. Daj głodnemu wędkę to sam będzie łowił i już nie będzie głodny" - mawiają liberałowie różnych odcieni. "Daj głodnemu religię, to umrze z głodu modląc się o rybę" - dopowiadają antyklerykałowie.
   To czego brakuje polskiej gospodarce to: rozsądek, wiedza i zaufanie. Bez tych trzech rzeczy nie zbuduje się sprawnie działającej gospodarki kapitalistycznej. Można za to zbudować co najwyżej gospodarkę kanibalistyczną, tj. taką w której potencjalni partnerzy zamiast uczciwie współpracować, rozglądają się tylko za słabszymi aby ich pożreć.
   O ile na zaufanie przedsiębiorcy muszą zapracować sami, o tyle rolą państwa może i powinno być przekazywanie wiedzy. Rozsądek zaś przychodzi z wiedzą i doświadczeniem. Ostatnie wydarzenia pokazują więc, że nie wystarczy poprzestać na "daniu wędki". Zasadnym było by jeszcze nauczenie "głodnego" posługiwania się tą "wędką", jak zakładać przynętę, jak ją zarzucać, jak obsługiwać kołowrotek aby nie pokaleczyć rąk żyłką, co robić w sytuacji gdy haczyk wbije się w ciało. Aby nie doprowadzić do "przełowienia", winno się wyznaczyć i przestrzegać "okresów ochronnych". Można jeszcze nauczyć jak rozpoznać dobrej jakości żyłkę czy przynęty, tak aby "głody" nie został oszukany przez "sprzedawcę akcesoriów wędkarskich"...


*A. Brzozowski, M. Safjan, E. Skowrońska-Bocian: Zobowiązania. Zarys wykładu [red.:] W. Czachórski, Warszawa 2003, s. 306
**Cytat z piosenki "Masz wolność więc płać" zespołu Dezerter z albumu „Blasfemia”

Leszek Sikora

Powrót

Mapa witryny

Strona główna

Wszelkie prawa zastrzeżone Racja Polskiej Lewicy 2008r