Artykuły.

Państwo a „przemoc domowa”. (11)

    Wokół nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy rozgrywają się ciekawe sceny. Jeden ze spektakli rozegrał się w 16 maja w Polskim Radiu Kielce podczas audycji „Debata polityczna” z udziałem lokalnych parlamentarzystów i publiczności. Starły się wówczas dwa „obozy”: „obóz przeciwników klapsa” oraz „obóz niby przeciwników klapsa, ale...”. „Obóz zwolenników klapsa” reprezentował związany z Unią Polityki Realnej (czy czymś innym od Korwina-Mikke) Jerzy Dudek.
   Argument „na rzecz klapsa” pan Dudek znalazł, jak przystało na konserwatywnego Polaka-katolika, w Pięcioksięgu Mojżesza. Jest tam bowiem cytat opisujący zbawienny wpływ rózgi na proces wychowawczy. Nie miałem okazji poznać pana Dudka bliżej, ale przypuszczam że jest on równie konsekwentny w przestrzeganiu Świętych Wersetów również w takich dziedzinach jak prakseologia szabasowa, obowiązkowa chirurgia plastyczna napletka oraz dietetyka i odmawia konsumpcji kotletów schabowych. Na pewno bowiem nie przestrzega przepisów dotyczących materiałów z jakich powinno być wykonane ubranie – to bowiem łatwo spostrzec.
    W obozie „niby przeciwników klapsa” znalazło się Prawo i Sprawiedliwość wsparte „autorytetem” Kościoła Nauczającego. Ten obóz reprezentowała poseł Maria Zuba. Pani poseł powoływała się na św. Tradycję, „naturalną rodzinę” „zdefiniowaną w Konstytucji”, przytaczała wyniki badań przeprowadzonych przez kościelne „ośrodki naukowe” itd. Z przytoczonych „badań” wynikało, że – jak ujęła to pani poseł – problem przemocy rodzinnej nie dotyczy „rodzin zdefiniowanych w Konstytucji” ale „związków nieformalnych” (w domyśle – konkubinatów).
    Abstrahując od tego, że w nigdzie Konstytucji nie ma definicji „rodziny” (nawiasem mówiąc nie została ona zdefiniowana nawet w Kodeksie Rodzinnym i Opiekuńczym), że naturalna rodzina nie ma nic wspólnego z „naturalną rodziną” znaną ze Społecznego Nauczania Kościoła, to za przerażający należy uznać fakt, iż tak wielu księży katolickich znęca się nad swoimi gosposiami i ich wspólnymi dziećmi. Ale żarty na bok, bo temat jest poważny. Zastanówmy się lepiej, co w zamian zaproponowaliby politycy PiS i Kościół?
    Takim rozwiązaniem zdaje się być cofnięcie w czasie, do okresu kiedy problem nie występował. Do czasów, kiedy „ktośtam od czasu do czasu klapsa dostał ale nikt się nie skarżył i dzieci wyrastały na ludzi”. Jak wyglądały owe czasy? Miałem okazję czytając w pewną sielankową powieść z przełomu XIX/XX w., której tytułu niestety nie pamiętam. Otóż w tej powieści pewien młody kowal poznał córkę młynarza. Szybko odbyły się zmówiny, zrękowiny i nupturienci stanęli w Kościele przed Bogiem czyli proboszczem, który przyklepał święty sakrament. Nie był to więc jakiś wstrętny „związek nieformalny” ale jak na ówczesne czasy „zdefiniowana konstytucyjnie rodzina”. Tak się jakoś złożyło, że niecały rok później młoda małżonka powiła ślicznego chłopca. Zaraz po połogu, świeżo upieczony ojciec – przyniósł do domu splecioną ze skórzanych pasków „dyscyplinę” aby powiesić ją widocznym miejscu na ścianie w izbie. Nieprzywykła do takich metod wychowawczych żona, zapytała go, po co mu to? Kowal zaś odpowiedział, że w jego rodzinie był to sprawdzony sposób na niegrzecznych i psotliwych chłopców. Zdziwiona żona zadała kolejne naiwne pytanie: A skąd wie, że ich syn wyrośnie na niegrzecznego i psotliwego chłopca? Replika kowala była powalająca swoją trafnością: „Jeżeli mały spróbuje nie być psotliwy, to wtenczas dopiero będę go ćwiczył (dyscypliną)!”
    Rozumowanie katoprawicy do tego się sprowadza, że jeżeli dawniej o problemie się głośno nie mówiło to wówczas problem nie istniał. Z resztą prawica i Kościół tęsknią za czasami, których nigdy nie było. Nie można ekstrapolować pojęć, którymi się dziś posługujemy i naszej dzisiejszej wrażliwości na to co działo się w czasach zamierzchłych.
    Kościół powołuje się na „wielowiekową tradycję” ale kilka wieków temu dzieci, jeśli nie miały wystarczającej samodzielności, były w absolutnej władzy swojego ojca. Ojciec mógł dziecko oddać w zastaw albo sprzedać (swoją drogą małżeństwo pierwotnie było formą sprzedaży dziewczyny do rodziny narzeczonego). Ojciec – dawca życia mógł to życie odebrać, mówiło się nawet o jego „ius vitae ac necis”. Karcenie „klapsem” czy „pasem” było więc wyrazem wielkiego humanitaryzmu. Żony, w owych czasach, znajdowały się w niewiele lepszej sytuacji. Jeszcze pierwsza nowożytna kodyfikacja – Kodeks Napoleona – dawał mężowi prawo „korygowania” żony. Ktoś zarzuci, że piszę o czasach ziemiankowo-jaskiniowych? Nic podobnego! Kodeks Napoleona przestał ostatecznie obowiązywać na tych ziemiach dopiero po zakończeniu II Wojny Światowej.
    Przemoc może działać w obie strony. I to jest prawda dziś ale było to prawdą i dawniej. Kto nie wierzy niech znajdzie w „Chłopach” Reymonta fragmenty opisujące sytuację gospodarzy, którzy „poszli na wycug”. Z resztą dziś również różne telewizyjne programy interwencyjne biadolą nad losem starszych osób, które po przepisaniu majątku na swoje rodzone dzieci, poznały ich nieznane dotąd oblicze.
   „Takie rzeczy nie dzieją się jednak w tradycyjnych rodzinach, gdzie panują prawdziwie chrześcijańskie wartości.” Przeczy jednak temu sam język polski. Bowiem zaraz po przyjęciu chrześcijaństwa i zaprowadzeniu opartych na feudalizmie wartości chrześcijańskich, pojawiło się w naszym ojczystym języku pojęcie „świekrostwa” pochodzące od słowa „świekr” czyli „teść”. Świekrostwo polegało na tym, że żonaty mężczyzna żenił swojego małoletniego syna po to aby współżyć z dwiema żonami: swoją i swojego syna. Wszyscy w sąsiedztwie wiedzieli o co chodzi. Zdawali sobie z tego sprawę również rodzice panny młodej. „Tradycyjnie” najmniej do powiedzenia miała panna młoda i rodzina „świekry”. Jednak „Tradycja to jest coś ekstra”.
    „Tradycja” uświęca przemoc domową, tak w stosunku do dzieci jak i dorosłych. Wielu „tradycjonalistów” retorycznie się pyta „No przecież jak można zgwałcić żonę albo prostytutkę? He, he, he!”. Wszak mężczyzna egzekwuje w ten sposób „tradycyjne obowiązki” kobiety. W pierwszym przypadku „obowiązki rodzinne”, w drugim „obowiązki zawodowe”. I wiele ofiar przemocy, tak w „tradycyjnie zdefiniowanych rodzinach”, jak i w „związkach nieformalnych”, również tak postrzega świat. „Przecież tak było od zawsze! Taka jest Tradycja!” Podkreślę to raz jeszcze, jeżeli o przemocy rodzinnej w małżeństwach mówi się mniej niż o przemocy w konkubinatach, to w cale nie musi znaczyć, że problem w małżeństwach jest mniejszy.
    Kościelni spece od „wszystkiego a w szczególności od życia rodzinnego i intymnego innych” argumentują, że taki kształt przepisów spowoduje naruszenie prawa rodzin do prywatności. Ale czy ktoś widział prawo które jest absolutnie nieograniczone? Każde absolutnie nieograniczone prawo prowadzi do wynaturzeń. Po to jest więc ustawa, żeby ustalić granice ingerenci państwa w życie prywatne i rodzinne. „Ustawa spowoduje, że w życie rodzinne będą ingerować często nieprzygotowani do tego i bezduszni urzędnicy.” A kto ma władczo reprezentować Państwo jeśli nie urzędnik? Może ma to być dziennikarz z fotoreporterem z „Faktu”? A może bezżenny i bezdzietny „de iure” proboszcz? „Bezduszni urzędnicy będą arbitralnie odbierać dzieci rodzicom.” Już pomijając fakt, że takie stwierdzenie jest zbyt daleko idącym uproszczeniem, to właściwie co powinni ci urzędnicy robić, skoro już ich powołujemy? Bezczynnie się przyglądać?
    Wynikało by z tego, że modelowa interwencja zespołu do spraw przeciwdziałania przemocy w rodzinie powinna wyglądać następująco: „Po przeprowadzeniu obdukcji i wywiadu środowiskowego, jesteśmy w stanie stwierdzić, że Pani mąż jest zwyrodnialcem, który zagraża życiu Pani i państwa dzieci. Jednak ustawodawca w obawie przed nadmierną ingerencją w autonomię rodziny nie upoważnił nas do wydawania jakichkolwiek decyzji w takich sytuacjach. Ale proszę być dobrej myśli, albowiem modlić się będziemy w intencji tego, aby pani małżonek więcej się nie znęcał nad Panią i państwa dziećmi.” Czy tak wyobraża sobie „właściwą” interwencję poseł Maria Zuba?
   Po cóż więc uchwalać ustawę niewyposażoną w żadne prawne remedium? Jaki sens ma ustawa, w której napisane jest „jak powinno być” ale w której nie ma przewidzianej sankcji w sytuacji, której „być nie powinno”? Po co ustanawiać prawo złożone z samych dobrych życzeń? Wszak taka ustawa jest nawet pod względem techniki legislacyjnej błędna!    Kiedy ośmieliłem się zapytać o to poseł Zubę, riposta wbiła mnie w krzesło. Przyznać to muszę, nie doceniłem talentu sofistycznego poseł Zuby. Moje słowa o postulowanym przez PiS i Kościół pozbawieniu organów „właściwych środków i narzędzi”, uznała za krytykę rzekomego nieprzewidzenia, w przyjętej ustawie, środków finansowych na zwalczanie przemocy...
   Skąd jednak w, pełnym werbalnej miłości do rodziny, kobiet i dzieci, Kościele takie obawy przed ustawą? Z czystego rachunku ekonomicznego. Chodzi o mocniejsze przywiązanie ofiar przemocy do Kruchty. Jeżeli bowiem ofiary przemocy będą się spotykać z obojętnością, kolejno ze strony rodziny bliższej i dalszej, sąsiadów, wreszcie organów władzy publicznej, to ostatecznie wpadną one w otwarte ramiona Matki i Pocieszycielki Naszej – Kościoła Powszechnego. Nawet jeżeli „pomoc” ze strony Kościoła będzie pozorna lub nawet szkodliwa, to wdzięczność ofiary będzie wymierna i dozgonna. Nawet jeżeli skatowane dziecko trafi w ręce pedofila w sutannie. Bowiem w porównaniu z bolesną codziennością, taka „podwójna” ofiara będzie uważała „zabawy” z księdzem za sielankę, a w każdym razie za „mniejsze zło”. Poza tym skrzywdzone przez najbliższych dziecko, mając przed sobą alternatywę „wrócić do domu przemocy” czy „pozostać w świecie kontemplacji”, będzie skłonne „doszukiwać” się w sobie powołania. Czyż to nie piękny geszeft pod świętym obrazem?

Leszek Sikora

Powrót

Mapa witryny

Strona główna

Wszelkie prawa zastrzeżone Racja Polskiej Lewicy 2008r